Każdy zbliżający się turniej taneczny generuje nowe magiczne szpeja w moim tak zwanym "beauty box`ie", które mają sprawić, że tym razem mój makijaż będzie absolutnie boski, prawidłowy i bez zarzutu. I wiecie co? I mimo tego zawsze jest krzywy, rozmazany i jedno oko bardziej. I to wcale nie jest wina magicznych "szpejów" tylko mojej nietuzinkowej i oryginalnej urody i braku połączeń nerwowych w mózgu odpowiadających za koordynację świata realnego i tego co odbija się w lustrze :))
Tematu fryzury turniejowej nie będę już nawet rozwijać.
Fryzura będzie taka jak zawsze: rozwali się na próbie parkietu i Ala będzie musiała ją jakoś ratować dodatkowymi wsuwkami, które akurat jeszcze nie wypadły i nie walają się gdzieś po podłodze. Dodatkowo z boku będzie taki "dinks" który po pierwszym tańcu odpadnie prawie całkiem kiwając się rozpaczliwie na jednej spince.




Ostatni trening przed turniejem zawsze wygląda tak samo. Nie ważne który to turniej z kolei.

Michał usilnie prosi mnie żebym coś zrobiła, ja się staram jak cholera ( zwykle za bardzo jak się potem okazuje) a potem Michał zastanawia się jak mi to inaczej wytłumaczyć. Potem ja się znowu staram, potem Michał robi coś co nazywa się "palmface" i pewnie byłoby to w sumie niezwykle frustrujące dla obydwóch stron, gdyby nie to że i Trener i ja potrafimy podejść do tego z dystansem, więc pod koniec lekcji jestem spłakana i zachrypnięta ze śmiechu. Michał też nie wygląda na zdruzgotanego mimo iż jestem jakże wdzięcznym obrazkiem książki pod tytułem "niepowodzenia dydaktyczne". Turnieje są fajne ale wolę normalne zajęcia. Na turniejach muszę być wypacykowana, pamiętać, że nie wolno trzeć oczu, nawet jak coś przeszkadza, bo będę wyglądać jak panda. No i Michał każe mi "być królową" czyli wyciągać szyję. No a mi bliżej do chłopstwa jednak niż do arystokracji. Czasem sobie w duchu myślę że prędzej nogi wyciągnę niż szyję. :)) Poza tym na turniejach nie jest tak śmiesznie jak na treningach. A radość jest najważniejsza, szczególnie dla osoby takiej jak ja, dla której drugim najważniejszym celem w życiu jest pajacowanie. Zapomniałam co jest pierwszym, ale na pewno coś strasznie ważnego. :)


Ja coś mówiłam że na turniejach jest mniej wesoło niż na treningu? Nieprawda! Jadąc we czwórkę na międzynarodowy turniej do Białki, albo Poronina, bo nie rozróżniam, było nam tak wesoło, że nasze turniejowe makijaże zaczęły się rozpływać. Już dawno nie miałam takiego "małpiego humoru". Przybyliśmy na miejsce trochę za wcześnie, ale że plener uroczy poszliśmy wstępnie rozpoznać teren. Przyzwyczajeni do konkretnych standardów nie mogliśmy chwilę znaleźć pomieszczenia z salą taneczną mieszczącą się w małym budynku podobnym do baraku. Po wejściu na salę i po dojściu do siebie zaczęliśmy się śmiać. Mimowolnie zaczęłam nucić pod nosem: "cała sala śpiewa z nami", a potem "u cioci na imieninach". Nasza klubowa mniejsza sala treningowa, służąca zwykle do lekcji indywidualnych przy tej sali dla turnieju o randze międzynarodowej-  to Blackpool! Bo wielkościowo jest taka sama jak ta w Białce, tylko nie ma dwóch kolumn na środku i hord wrzeszczących małych Hunów biegających po całym parkiecie i ich rodziców robiących młodocianym pierdyliard fotek ze środka sali mimo odbywającej się właśnie rundy czyjegoś tańca.


No na trzeźwo tego nie ogarniemy, więc poszliśmy się znieczulić do najbliższej gospody. Po dwóch godzinach humory nam wróciły, ruchy stały się płynne i wróciliśmy na salę aby się zarejestrować i zmierzyć się z warunkami. Challange accepted!


Próba parkietu okazała się niemożliwa ze względu na mrowie półmetrowych ludzi. My zaczęłyśmy się rozgrzewać a Michał starał się ostrożnie "przetiptopokować" parkiet tak aby:
- nie poznać bliżej jednej z dwóch kolumn,
- nie zabić się na jakimś pędzącym małym Hunie, który akurat z wrzaskiem przegalopowywał na druga stronę wrzeszcząc na całe gardło "AAAAAA" jakby goniło go stado rozwścieczonych psów.
Turniej zamiast o 17 ej zaczął się o 19. Zapowiadający mylił się co rundę co taniec, powiedzcie jak można mieć kartkę z programem przed nosem i nie umieć przeczytać kto tańczy i co tańczy. Pani Monika czy pani Agata to bez różnicy, "walc wiedeński , a nie to foxtrot, też piekny taniec...".
To że para zapłaciła za 5 tańców a odtańczyła 4 bo organizator już zgonił parę i zapowiedział następną.... to też taki mały żarcik.
Nie mam pojęcia CO organizator bierze, ale powinien brać tego połowę albo zmienić dealera.
Na pytanie jak się czuję po tańczeniu na sali w Białce odpowiadam językiem psychologów: " Dziękuję, dobrze. Wyparłam" :)